Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evelyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evelyn. Pokaż wszystkie posty

15 sty 2017

#14 'flashbacks 5

Zapukała i zajrzała do pomieszczenia. Czarnowłosa siedziała w kącie łóżka i czytała jakąś książkę. Podniosła na chwilę wzrok i popatrzyła na Evelyn. Potem znowu wróciła do czytania.
— Przyniosłam coś na poprawę nastoju... — powiedziała blondynka i weszła do środka, zamykając drzwi. Rzuciła na łóżko batonika, którego miała w szafce od przyjazdu tutaj. Aimee spojrzała na niego i wzięła do ręki. Evelyn wiedziała jak ją podejść. Słodycze i opowieści. 
— Batonik nie wystarczy...
— Masz ochotę na jakieś opowiastki? — Siadła obok niej, oparta o ścianę.
— Pewnie! Opowiadaj mi o swoim super romantycznym związku! Proszę...
Evelyn wywróciła oczami, jednak chwyciła poduszkę, którą podłożyła sobie pod głowę i zamknęła oczy.



około 10 lat temu (wrzesień 2007)
Nie spała. Nie mogła. Zwalała wszystko na pełnię, ale tak naprawdę, nadal nie opadły jej emocje, po tym jak Catherine znowu ją nękała w szkole, a Sebastiana nigdzie nie było, żeby jej pomóc. Leżała skulona pod kołdrą i powstrzymywała łzy. Usłyszała stukanie w okno. Zmarszczyła brwi i rozejrzała się po pokoju. Za drzwiami na tarasie ktoś stał. Niepewnie do nich podeszła i rozpoznała Sebastiana. Uśmiechał się szeroko.
— Hej... — mruknął, gdy mu otworzyła.
— Co ty tu robisz?! — warknęła niezadowolona.
— Przyszedłem sprawdzić co u ciebie... Słyszałem co się wydarzyło i mam wyrzuty sumienia, że nie było mnie na miejscu.
— Nie twoja wina, że jestem żałosna... — szepnęła. Poczuła jak ją obejmuje i ciągnie w stronę łóżka.
— Nie jesteś żałosna.
— Daję sobą pomiatać...
Nic nie powiedział, tylko położył się obok niej i mocno przytulił. Okrył ją kołdrą i pozwolił się wypłakać. Kiedy w końcu nie była w stanie robić tego dalej, bo ból głowy jej to uniemożliwił, przetarła oczy i popatrzyła na niego.
— Nie powinieneś się ze mną zadawać. Jestem...
— Jesteś najcudowniejszą osobę jaką znam. Jesteś moją przyjaciółką i to się nigdy nie zmieni...
Patrzyła mu w oczy i widziała w nich szczerość. Otarła znowu oczy.
— Rodzice cię mogą nakryć...
— Spokojnie... Wyjdę zanim wstaną... — szepnął i ułożył się wygodnie, nadal trzymając ją w ramionach.


około 10 lat temu (październik 2007)
Nie powinna tego robić. Nie powinna mu na to pozwalać. A jednak... Stała za nim i obserwowała jak wyciąga piwo z lodówki. Potem pociągnął ją na piętro, jakby rodzice mieli za chwilę wrócić. Ale wiedzieli, że państwo Hunter nie wrócą do jutra. Evelyn siadła na jego łóżko i patrzyła jak nalewa złotego płynu do specjalnych szklanek. Zmarszczyła brwi i patrzyła jak siada obok.
— Sama chciałaś... — zaśmiał się cicho. Skinęła głową i wzięła szkło do rąk.
— Ma ładny kolor...
— Tak, skarbie. Kolor w piwie jest najważniejszy. — Wybuchnął śmiechem i złapał ją za lewą rękę. Upiła łyk piwa i się skrzywiła.
— Gorzkie...
— Takie z reguły jest piwo...
Upiła kolejny łyk i kolejny. Po którymś z kolei gorycz przestała jej przeszkadzać, a w głowie przyjemnie zaszumiało. Nie dolewał jej. I tak był pod wrażeniem, że nie spiła się przy pierwszym zetknięciu z alkoholem. Leżała po prostu na jego łóżku i patrzyła na sufit.
— Wiruje... — zaśmiała się cicho. Sebastian położył się obok niej. — Fajnie... — mruknęła, na co wybuchnął śmiechem i pocałował ją w skroń.


około 9 lat temu (maj 2008)
Kiedy tego dnia wróciła do domu, była skołowana. Lekcje nie pozwoliły jej myśleć o tym co wydarzyło się w łazience. Nie miała czasu na poczucie czegokolwiek i uspokojenie myśli. W zaciszu własnego pokoju dotknęła palcem warg. Nie mogła uwierzyć, że Sebastian ją pocałował. Marzyła o tym tak długo, że teraz to do niej nie dochodziło. Zrozumiała co do niego czuje zaledwie kilka miesięcy temu i sama nadal nie potrafiła sobie tego poukładać. Jak mogła go kochać? Sebastiana... Którego zna od dziecka, który jest jak rodzina. 
Osunęła się na podłogę i wpatrywała się przed siebie. Odtwarzała w głowie ten moment, gdy jego miękkie, ciepłe wargi dotknęły jej. Czuła przyjemne uczucie rozlewające się po jej ciele. Takie szczęście, które momentalnie ogarnęło jej umysł. I szok. I te dwa słowa... Których zupełnie nie rozumiała.
Ja też.


około 9 lat temu (czerwiec 2008)
— Chodź, marudo! — szepnął, ciągnąc ją w stronę drzwi balkonowych. 
— Moi rodzice!
— Nie dowiedzą się. Śpią pewnie, nie? 
— Tak jak ja powinnam... — Zatrzymała się gwałtownie i skrzyżowała dłonie na piersiach. — Nigdzie nie idę.
— Ależ oczywiście, że idziesz...
— Jesteś takim aroganckim dupkiem, Hunter! — warknęła, starając się mimo wszystko mówić jak najciszej, chociaż aż się w niej gotowało, ze zdenerwowania. 
— Pozwoliłaś mi pokazać ci jak smakuje piwo, teraz czas na inne rzeczy. Więc zabierz swój zgrabny tyłek i chodź...
Zmrużyła oczy. Wiedziała, że nie odpuści. Był zbyt uparty. Jęknęła z rezygnacją i zabrała z krzesełka sweterek.
— Dlatego kazałeś mi czekać, nie iść spać i nie zmieniać ubrań... — mruknęła, gdy prowadził ją w stronę plaży. Uśmiechnął się tylko łobuzersko i złapał ją za rękę. Kiedy dotarli do oceanu, siedli pod jedną z wydm. Sebastian wyjął papierosa i odpalił, zsuwając w dół, by wygodnie się ułożyć. Evelyn pokręciła z politowaniem głową i zajęła miejsce obok niego. Leżeli chwilę w milczeniu. To dziewczyna przyglądała się chłopakowi, chcąc zapamiętać jego twarz. Odwrócił się nagle i ją szybko pocałował. Jakby zaraz miała uciec. Odsunął się równie szybko i z rozbawieniem popatrzył jej w oczy.
— Podoba ci się? — mruknął. Wzruszyła ramionami.
— Może... 
Zrobił to samo. Podniosła się i popatrzyła na niego.
— O nie! Nie może być tak łatwo... Musisz mnie złapać... — powiedziała i ruszyła biegiem po plaży. Zgasił papierosa i podbiegł za nią. Śmiała się głośno, a pęd powietrza rozwiewał jej jasne włosy. W końcu ją dopadł, łapiąc w talii i tracąc równowagę. Upadli na piach nadal się uśmiechając. Pocałował ją znowu i znowu.
— Będę to teraz robił często, więc lepiej się przyzwyczai...



około 8 lat temu (czerwiec 2009)
Denerwowała się jak nigdy. Zaciskała dłonie na na skraju koszulki, wyglądając za okno w salonie. Słyszała jak jej siostra staje na szczycie schodów. Miała jedenaście lat i była wrzodem na tyłku Evelyn: rozpieszczona do granic możliwości i robiąca na złość starszej siostrze. Czasami blondynka miała za złe Olivii, że ta wyjechała do Nowego Jorku, zostawiając ją z wchodzącą w okres dorastania gówniarą.
— Na kogo czekasz? — zapytała ze słodkim uśmieszkiem. 
— Na nikogo nie czekam.
— Jasne... Pewnie Sebastian ma przyjść...
— A nawet jeśli, to nie twój zasmarkany interes. Zresztą... Nie przychodzi. Idź do siebie.
— Jasne... — mruknęła dziewczynka i wróciła do swojego pokoju. Evelyn napisała pospiesznego smsa do chłopaka, żeby jednak wszedł przez taras, bo jej młodsza siostra za bardzo się interesuje. Pogasiła światła na parterze, sprawdziła czy drzwi są pozamykane, a alarm włączony i wbiegła na górę. Zerknęła czy Lucy łaskawie poszła spać. Dziewczynka leżała przy zgaszonym świetle, więc Evelyn założyła, że nareszcie usnęła. Sama weszła do swojej sypialni i zamknęła drzwi na kluczyk. Sebastian już siedział z szerokim uśmiechem na jej łóżku. Rozłożył ramiona i pozwolił by dziewczyna wpadła w nie, przewracając ich na miękki materac.
— Ale mnie cieszy, że w tym domu ściany są takie grube — powiedziała cicho, wtulając się w jego ciało.
— Pamiętaj, że nic nie musimy robić... Jeśli nie chcesz...
—  Chcę... — powiedziała z przekonaniem i złączyła ich wargi w pełnym namiętności pocałunku.
Sebastian był zaskoczony jej zachowaniem. W jej gestach brakowało niepewności, strachu czy delikatności. Obawiał się, że będzie wystraszona tym wszystkim, że nagle jej się odwidzi, że sprawi jej ból, albo zafunduje rozczarowanie. Ona jednak całowała go bez litości, przyciskając do niego swoje szczupłe ciało, nie pozwalając się odsunąć nawet o milimetr. Badał opuszkami palców jej twarz, jakby robił to po raz pierwszy. Przesunęła językiem po jego wargach i popatrzyła prosto w oczy.
Podniosła się i siadła wyprostowana, powoli zsuwając z siebie bluzkę. Wpatrywał się w jej niebieskie tęczówki, czując jak oddech staje się cięższy. Dopiero kiedy odrzuciła materiał na bok, przeniósł wzrok na jej nagie piersi. Dotychczas pozwalała mu się dotykać, ale nigdy nie zdejmowała bluzki. Teraz, widział ją nagą po raz pierwszy. Nie była zawstydzona czy speszona. Przygryzła lekko dolną wargę, przyglądając mu się uważnie. Kilkukrotnie narzekała na swoje ciało. Nie nadmiernie, ale wspominała, że jej piersi mogłyby być większe, ale on uważał, że są idealne.
Złapała go za koszulkę i szarpnęła do góry. Uśmiechnął się do niej, kiedy szybko zerwała z niego ubranie. Pocałował ją gorączkowo, przewracając ich równocześnie tak, by to ona leżała pod nim. Nachylił się i powoli zaczął zostawiać wilgotne ślady od jej linii żuchwy, przez szyję, piersi i brzuch. Zsunął z niej spodenki, które miała na sobie i rzucił je pod łóżko. Uniosła niecierpliwie biodra, chcąc się znaleźć jak najbliżej niego. Rozchyliła nogi, pozwalając mu się między nie wsunąć.
Złożyła na niego wargach kolejny wygłodniały pocałunek i sama zaczęła się siłować z zapięciem jego spodni. Był zaskoczony jej zachowaniem, bał się, że napędza ją strach, dlatego chciał być najdelikatniejszy jak może. W końcu udało jej się pozbawić go ostatniej części garderoby, więc objęła go ramionami i popatrzyła prosto w oczy. Jej wzrok był intensywny, niemal wypalał dziury w jego skórze. Tak bardzo tego pragnął, że miał wrażenie, iż nie jest w stanie myśleć o niczym i nikim innym.
Był tak blisko, a mimo wszystko nadal nic nie robił. Wisiał nad nią, wpatrując się w jej twarz, gładząc jej skórę i czekając. Jakby się bał, że każdy ruch sprawi, że dziewczyna ucieknie. Ale ona się nie bała. Uniosła biodra, bez słów prosząc go by w końcu to zrobił. Zsunął dłoń między ich rozgrzane ciała. Jęknęła cicho, czując jego palce na delikatnej skórze. Przymknęła oczy i przygryzła wargę.
Czuła jak mocno wali jej serce, jakby chcąc wyrwać się z piersi. Jej ciało drżało, oddech zdawał się ciążyć, a myśli ulatywać w przestrzeń. Nie spuszczał z niej wzroku, szukając wszelkich oznak cierpienia. Miała zamknięte oczy i zaciśnięte wargi. Pokręciła tylko głową, dając mu znak, że wszystko jest w porządku. Uniosła lekko biodra, napierając na jego ciało. Oboje byli teraz obnażeni, w sposób, w który jeszcze nigdy się nie odsłonili. To było dla nich coś więcej niż seks... Evelyn nigdy nie była z nikim tak blisko... Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Chłopak uśmiechnął się do niej i nachylił, żeby znowu pocałować i zamknąć jej jęki między swoimi wargami.
Nie wierzył, że można się tak czuć. Dotychczas seks nie miał dla niego większego znaczenia. Do teraz... Chciał, żeby to ona czuła się dobrze i komfortowo. Chciał, żeby była szczęśliwa i nie żałowała tej decyzji. Czuł jak jej oddech staje się cięższy, jak dłonie desperacko błądzą po jego skórze. Przyspieszył, starając się by jego ruchy nadal były delikatne. Pocałował ją ponownie, chcąc stłumić jej krzyk.

Kilka chwil później leżał z twarzą wtuloną w jej szyję, składając czułe pocałunki na rozgrzanej skórze. Zamruczała cicho, gdy objął ją ręką i mocniej przytulił. Nadal drżała i miała zamknięte oczy. Zresztą jego powieki też były wyjątkowo ciężkie.
— Wszystko w porządku? — spytał cicho. Odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła.
— Tak... Bardzo dobrze... — szepnęła, wtulając się w jego nagie ciało.

teraźniejszość
— No więc? Jaki był?
Evelyn wyrwała się z zamyślenia i popatrzyła na Aimee. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc o co dokładnie pyta.
— Z czym jaki był?
— Ze wszystkim! Wygląd, seks... Nie masz jego zdjęcia, co?
— Żartujesz?
— Myślałam, że może coś przeszmuglowałaś pod językiem... — Pchnęła ją lekko czarnowłosa. Eveleyn westchnęła. Wiedziała, że ta druga nie odpuści.
— Cóż, Sebastian to... — Zmarszczyła brwi. — Ma w sobie dużo uroku. Brązowe włosy zawsze lubiły mu niesfornie opadać na czoło... Oczy... Oczy ma dziwne. Raz bardziej niebieskie, raz zielone. Czasami siedziałam na przeciwko i ustawiałam jego głowę pod różnymi kątami, żeby to sprawdzić. — Zaśmiała się cicho. Zatopiła się w opowieści, chcąc jak najwierniej opisać jego wygląd.
— Wow... — mruknęła czarnowłosa, patrząc na blondynkę z cwanym uśmiechem. — Ty go naprawdę kochasz...
Evelyn podniosła na nią speszony wzrok.
— Dobra. Dość na dzisiaj! — krzyknęła, wychodząc z pokoju.

8 sty 2017

#13 'wall

Przeszła długim korytarzem i dopadła drzwi do swojego pokoju. Zatrzasnęła je za sobą i siadła na łóżku, które stało tuż pod oknem. Nie lubiła tego miejsca. Ale czy to dziwne? Od dwóch tygodni przebywała w azylu psychiatrycznym, codziennie uczestniczyła w grupowych spotkaniach dla ludzi po próbach samobójczych i dostawała dawkę cholernych leków, przez które czuła się na bardziej chorą niż była w rzeczywistości. Była tu sama, od dawna nie widziała nikogo bliskiego, a wszyscy dookoła wydawali jej się dziwni i nie warci zachodu.
Po tygodniu spędzonym w szpitalu, podczas którego faszerowali ją silnymi prochami, po których leżała na łóżku przypominając warzywo (z wyboru, bo nie chciała z nikim rozmawiać), rodzice opłacili jej miejsce w prywatnej klinice w New Haven. Duży budynek znajdował się nad jeziorem, w lesie i z daleka od centrum. Na terenie placówki panowała cisza i spokój, czyli to, czego potrzebowali pacjenci aby wyzdrowieć. Odwiedziny były tylko w weekendy, a w ciągu tygodnia osoby z zewnątrz mogły się tu dostać tylko w wyjątkowych sytuacjach. Pacjenci mieli odpoczywać, przebywać z dala od wszelkiego źródła stresu i uczestniczyć w terapiach, które miały poprawić ich samopoczucie i nauczyć ich na nowo doceniać życie. 
Wszyscy mogli bez problemu chodzić po terenie ośrodka, jednak zejście do jeziora było zagrodzone wysokim płotem. Wnętrza były jasne, mając na celu odciągać przebywających tu ludzi od depresyjnych myśli i negatywnych aspektów życia. Sypialnie były proste, miały duże okna wychodzące na otaczający budynek ogród, wygodne łóżka, biurko i szafkę na najpotrzebniejsze rzeczy. Każdy mógł nosić swoje ubrania, pod warunkiem, że były wygodne i potencjalnie nie zagrażały bezpieczeństwu innych.  
W dużym pomieszczeniu, w którym spędzali większość czasu mieli do dyspozycji rzeczy potrzebne do wyrzucania z siebie emocji: farby,  pastele, cienkie kartki papieru czy ołówki i kredki, ale tylko z miękkimi grafitami. Pacjenci mogli też korzystać z gier planszowych i niektórych instrumentów oraz oglądać telewizję. Byli też pod stałą obserwacją kilku pielęgniarzy i pielęgniarek, którzy starali się nie rzucać w oczy i nie ingerować, dopóki nie zaszła taka konieczność. Dlatego właśnie Evelyn nie przepadała za przebywaniem w tym miejscu. Było zbyt głośne i chaotyczne, a ponad to czuła się w nim jak w więzieniu. Najchętniej siedziała w pokoju, patrzyła za okno, albo porywała kartki i pastele i malowała, siedząc na podłodze pod łóżkiem. Nie wychodziło jej to najlepiej, ale mogła się przynajmniej na czymś skupić.
Od dwóch tygodni nikt jej nie odwiedził. Nadal była na etapie zero wizyt, zero kontaktu z ludźmi z zewnątrz. Powoli zaczynali zmniejszać jej dawki leków i pozwalać jej na więcej. Psychiatra chciał ją namówić do zawarcia nowych znajomości wśród pacjentów, ale uparcie odmawiała. Większość ją drażniła. Teraz siadła na łóżku i zapatrzyła się za okno. Trawa się zieleniła, przyroda budziła się do życia, a ona nadal miała mętlik w głowie.
— Hej, zastanawiałam się gdzie uciekłaś po spotkaniu — powiedziała czarnowłosa dziewczyna, zaglądając do środka. Weszła bez zaproszenia i siadła obok Evelyn. Blondynka skrzywiła się lekko.
— Zawsze uciekam w to samo miejsce... — mruknęła, podciągając kolana pod brodę i opierając się o nie. 
Aimee nie była taka zła. Może oprócz tego, że była dość natrętna i często przychodziła do Evelyn gdy ta chciała pobyć sama. Ale to nie jej wina, że blondynka była aspołeczna. Była jednak najnormalniejszą i chyba najspokojniejszą dziewczyną w tym miejscu. Miała dwadzieścia osiem lat i była uzależniona od seksu. I to bardzo. Evelyn miała wrażenie, że na początku chciała się nawet z nią przespać. Teraz się powoli uspokajała, chociaż w prywatnych rozmowach często mówiła o tym, że ledwo wytrzymuje i że niedługo postrada zmysły. W dodatku jej upodobania były dość specyficzne (lubiła ostry seks z dużą dawką przemocy i w stosunku do niej i partnera). Trafiła tu po tym, jak omal jednego nie udusiła, sama będąc poobijaną. Oboje trafili do szpitala i wyszło na jaw, że Aimee chyba potrzebuje specjalistycznej pomocy.
— Przyniosłam żelki... Mama je podrzuciła podczas ostatniej wizyty... — powiedziała brunetka i położyła opakowanie między nimi. Evelyn spojrzała na nie, po czym wzięła garść słodyczy i wrzucała po jednym do ust. — Tak dla twojej wiadomości, nie uważam cię za idiotkę. Taka miłość... Chciałabym przeżyć. Mam dwadzieścia osiem lat, a jeszcze nigdy nie byłam zakochana bez pamięci. 
— Byłam zakochana bez pamięci... Teraz jestem głupia i trzymam się tego jak kawałka drzwi na środku oceanu. 
— Przestań mi tu jechać Titanikiem! — Pogroziła jej palcem. — Jeśli ty jesteś jak Rose, to ten facet jest jak Jack. Lubię słuchać jak o nim opowiadasz...
— Jack zginął. Pozwolił jej leżeć na tym skrawku drzwi, podczas gdy on siedział w lodowatej wodzie, co swoją drogą jest bardzo podłe ze strony Rose... Ale nieważne. Więc w tej historii to on może i jest Jackiem... Ale ja z całą pewnością nie jestem Rose...
— Jasne. Z twoich opowieści wynika, że on cię kocha...
Evelyn prychnęła i sięgnęła po kolejne żelki.
— Bierze ślub i będzie miał dziecko. Mogę być kimkolwiek chcę, a on i tak nie wróci... Lepiej chyba, żeby zniknął z mojego życia.
— Mów co chcesz... Ja wiem swoje...
— Jasne... — Uśmiechnęła się cynicznie Evelyn i zapatrzyła na krajobraz za oknem.
— Ile będziesz tu siedzieć? — mruknęła Aimee, starając się rozgryźć dzisiejszy nastrój blondynki. Nieskutecznie. Czasami trudno było ją odczytać. Bardzo dobrze się ukrywała. 
— Mówili, że około trzech, czterech miesięcy jeśli leczenie dobrze pójdzie... 
Aimee przyglądała się uważnie dziewczynie.
— Ei! Znowu jecie beze mnie?! — krzyknął niezadowolony chłopak, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. 
Lucas miał dwadzieścia dwa lata. Był po trzeciej próbie samobójczej. Prześladowali go w szkole, więc się załamał. W dodatku rodzice się rozwiedli i nie miał od nikogo wsparcia. Siedział tu od ośmiu miesięcy, bo kiedy wszystko było na dobrej drodze, próbował powiesić się na prześcieradle. Tuż przed tym przyszła jego matka i powiedziała, że musi wyjechać do innego miasta do pracy. Załamał się. Znowu. Teraz, mówił że czuje się lepiej, ale Evelyn wiedziała, że to zasługa silnych antydepresantów.
— Wybacz, Młody. Nie mogłam cię znaleźć... — rzuciła cynicznie Aimee. Chłopak siadł na podłodze. 
— Mam dość tych spotkań grupowych... Mam wrażenie, że niektórzy siedzą na nich jakby ktoś im mózg wyłączył, zauważyłyście? 
— Mhmm... — mruknęła Evelyn, nie odrywając wzroku od okna.
— A jej co? — Skinął w jej stronę głową.
— Znowu rozmyśla o ukochanym. 
— Eve, gadasz o nim cały czas... Spokojnie, jak wyrzucisz go z głowy na pięć minut, świat się nie skończy — zaśmiał się cicho, chcąc poprawić jej nastrój. Uzyskał jednak zupełnie odmienny rezultat od zamierzonego.
— Nie każę wam tu siedzieć — warknęła.
— Ma dzisiaj gorszy dzień... — wyjaśniła Aimee.
Evelyn znowu zasłoniła koszulą nadgarstki. Z jednego zdjęto jej opatrunek, bo rany nie były aż tak głębokie. Z drugiego nie. Nadal materiał bandaża zakrywał paskudne cięcia, które sama sobie zadała. Tamten wieczór wracał do niej niemal każdego dnia.


3 tygodnie temu 
— ...rozumiesz, że muszę cię poprosić o to, żebyś się wycofała? Mieszasz Sebastianowi w głowie... Myślę, że byłby w stanie odejść ode mnie, bo ty i twoja mała depresja, nie dajecie mu spokoju... — mówiła dziewczyna, chodząc w tą i z powrotem, trzymając się za brzuch. 
— Nie wpadłaś na to, że może nie chodzi o moją depresję, a twój parszywy charakter? — warknęła Evelyn. 
— Nie znasz mnie, więc nie wiesz jaki mam charakter.
— Myślisz, że nie wiem, że to ty pięć lat temu zatruwałaś mu umysł? Ty namawiałaś go do zakończenia tego związku. Ty mówiłaś, że nie wytrzyma... Wiem o wszystkim, Alison. Sebastian tak zapewnia mnie o tym, że jesteś miłą osobą i ja naprawdę w to wierzyłam, bo przecież nie mógłby pokochać kogoś takiego... Ale ty nim manipulowałaś. Od samego początku... Powiedz... To ty go odwiodłaś od pomysłu przeniesienia się na MIT? 
Alison popatrzyła na nią wielkimi z wściekłości i zaskoczenia oczami. Nie spodziewała się, że rywalka o tym wie.
— Skąd...?
— Mały ptaszek wyśpiewał mi to podczas spaceru.
— Teraz to nieistotne... Ponieważ będziemy mieli dziecko. Bierzemy ślub. Powinnaś się odpieprzyć. Zniknąć z jego życia, już do niego nie należysz... Jesteś tylko wspomnieniem i wybojem, który musi zostawić za sobą... Ty i ta twoja żałosna depresja... nie powinnyście wywracać jego życia do góry nogami... — Zmierzyła ją wściekłym spojrzeniem.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Evelyn długo się w nie wpatrywała, po czym opadła na kolana, płacząc głośno. Siedziała tak chwilę, po czym rzuciła się w stronę kuchni i wzięła najostrzejszy nóż jaki miała. Siedziała chwilę pod kanapą, a jej kotka obserwowała ją z naprzeciwka. Nie mogła się zebrać w sobie, ale te słowa... Dotknęły te części jej, które utrzymywały myśli o samobójstwie gdzieś w głębi umysłu. Dłoń jej się trzęsła i dziewczyna nie mogła się przemóc. Wstała i zamknęła drzwi od środka. Wróciła na swoje miejsce i patrząc na kotkę, która chodziła niespokojnie, przejechała pierwszy raz po skórze.


Żałosna.

Ostrze zostawiło niewielkie zadraśnięcie. Zrobiła to znowu i znowu. Zobaczyła jak krew powoli zaczyna spływać po jej prawej dłoni. Cięła się dalej. Kolejne rany. Kolejne krople krwi. Powoli traciła siły. Przeniosła się na drugą rękę, ale cięcia nie były już tak mocne, bo prawa dłoń odmawiała posłuszeństwa. Słyszała jak ktoś wali do drzwi, ale dźwięki dochodziły jak zza grubej szyby. Zaczęła tracić świadomość. Jej głowa opadła bezwładnie w dół. 
Gdzieś w oddali słyszała głos, proszący by nie odchodziła.


teraźniejszość
Wyrwała się z rozmyślań, dopiero, gdy Lucas krzyknął. Zadał jej pytanie na które nie odpowiadała dłuższą chwilę. Spojrzała w kierunku towarzyszy.
— Mógłbyś powtórzyć? — spytała, zaciskając palce na prawym nadgarstku.
— Pytałem, kiedy twoi bliscy będą mogli cię odwiedzić.
— Eh... W ten weekend. Ale nie sądzę, żeby ktoś przyszedł. Mają ważniejsze rzeczy do roboty, niż przyjazd tutaj i dowiedzenie się tego, co już pewnie wiedzą.
— Ty naprawdę masz niskie mniemanie o sobie... — mruknęła Aimee, wrzucając do ust pomarańczową żelkę.
— Słucham? — Oburzyła się blondynka.
— Serio, myślisz, że nikt nie ma ochoty się z tobą zobaczyć? 
— Jestem żałosna. — Wzruszyła ramionami.
— Okey... Skoro tak uważasz. Ale jeszcze się zdziwisz... Ja ci to mówię. Serio. Nie rozmawiałaś z nikim w szpitalu?
— Nie chciałam. Potem przewieźli mnie tutaj. — Spuściła wzrok na swoje palce. Nie miała pomalowanych paznokci, a skórki w okół nich były poodrywane. Ogólnie, jej dłonie wyglądały strasznie i zapewne nikt nie chciał ich dotykać.
— Wow. Sama ich odtrącasz... Wiadomość z ostatniej chwili: sama się z tym nie uporasz. A jak na razie odgradzasz się ścianą od wszystkich. A kiedy my chcemy być mili, bo wiemy jak to jest, to masz nas gdzieś! — Czarnowłosa podniosła się i opuściła pomieszczenie. Lucas spojrzał ze smutkiem w oczach na Evelyn i wyszedł za tą drugą. Paczka żelek nadal leżała na łóżku.

Zapukała delikatnie do drzwi. Otworzyły się po krótkiej chwili. Stał za nimi czarnoskóry mężczyzna po czterdziestce, z kilkudniowym zarostem na mocno zarysowanej szczęce i w okularach z grubymi oprawkami. Spojrzał na nią i przeczesał dłonią włosy. 
— Och, pan doktor pracował, mogę przyjść później... — powiedziała cicho, odwracając się szybko. 
— Panno Parker, jestem tutaj do waszej dyspozycji zawsze. Zapraszam... — Odsunął się z drogi i przepuścił ją w drzwiach. Gabinet był spory, dużo miejsca zajmowały szafki wypełnione książkami. Na środku stało biurko, a po lewej stronie fotel i kanapa. Ruszyła w tamtą stronę.
Doktor Mahoney był bardzo ciepłą i miłą osobą. Faktycznie był do dyspozycji pacjentów zawsze, gdy tego potrzebowali (skrycie licząc, że to kiedyś nigdy nie nastąpi w środku nocy, ale i wtedy zrywał się, żeby im pomóc). Evelyn mu zaufała. Tak jak poprzedniej psychoterapeutce, chociaż pierwszego dnia tutaj dostała histerii, żądając przywiezienia doktor Johnson. 
— Co cię do mnie sprowadza? — zapytał, siadając na fotelu. Spojrzała na niego uważnie.
— Chcę to ogarnąć, doktorze... Chcę się otworzyć i zburzyć mur, bo na razie mam wrażenie, ze stoję i walę w niego głową... Chcę się czuć dobrze... — załkała cicho. — Nie chcę być żałosna, a tak się czuję... — dodała, zaciskając palce na paczce żelek.

1 sty 2017

#00 'my name is...


(...) Już widziałam światło na końcu tunelu. Ale głos prosił mnie, żebym wróciła... Więc wróciłam...

Cześć... Nazywam się Evelyn... Od pięciu lat cierpię na depresję. (Zaciska dłonie na materiale jeansowych spodni)
Miewam lepsze i gorsze momenty. To była moja pierwsza próba samobójcza. Nie wiem czy chciałam, żeby była udana. Chyba fakt, że zamknęłam drzwi od środka świadczy, że naprawdę chciałam umrzeć. Chociaż... Może jednak... podświadomie liczyłam, że ktoś mnie uratuje. Mówią, że nie chciałam się zabić... Bo cięcie nadgarstków nie jest efektywne. Gdybym faktycznie chciała to zrobić to... rzuciłabym się z wieżowca, mostu, wrzuciła suszarkę do wanny, strzeliła sobie w łeb... Pigułki i nadgarstki pozostawiają szansę na ratunek... Ale nie wiem... Nigdy tego nie robiłam... (Zsuwa rękaw koszuli w kratę, żeby zasłonić widoczne rany na lewej ręce. Na prawej nadal miała opatrunek)
Gdy byłam na granicy życia i śmierci... Słyszałam głos... Głos, który powtarzał mi, że nie mogę go zostawić... Że mnie kocha... Wiedziałam do kogo należy. Należał do chłopaka, którego kocham. Chłopaka, dla którego zrobiłabym wiele... Wybaczyłabym mu wiele... Znamy się od dziecka. Kocham go. I chyba nigdy nie przestanę... Nie wiem czego oczekiwałam po jego powrocie... To znaczy... Miał narzeczoną... Nie spodziewałam się, że do mnie wróci. Wprawdzie po pijaku wyznał mi miłość, ale... po alkoholu mówi się wiele, często nieprawdziwych rzeczy... A potem ona przyszła... Mówiąc, że będą mieli dziecko i mam się odpieprzyć. Mam mu dać spokój i zniknąć z jego życia, bo już do niego nie należę. Była okrutna. Powinnam powiedzieć, że teraz zrobię wszystko, żeby popsuć ich związek, ale... patrzcie na mnie. Jestem żałosna. Sebastian nie zasługuje na takie gówno jak ja...
Wiem, że pewnie niektórzy uważają mnie za idiotkę. Najpierw doprowadził mnie do depresji... Potem pośrednio był powodem mojej próby samobójczej. Ale nie potrafię inaczej... Nie potrafię po prostu pozwolić mu zniknąć z mojego życia. Raz to zrobiłam, nie walczyłam... I co? Wylądowałam na psychoterapii.
Chciałabym spróbować... Chciałabym odbudować to co mieliśmy, ale...
Myślę, że po prostu zrozumiałam, że go nie odzyskam w takim stopniu w jakim bym chciała... 
Wszystkim dookoła się układało... A ja nadal tkwiłam w jednym punkcie, z którego nie potrafiłam ruszyć. Nic mnie nie interesowali. Miałam wrażenie, że... nie jestem nic warta, że nikt nie będzie płakał...
Nie wiem czy żałuję... Siedząc tutaj czuję się tak żałośnie, że może... lepiej gdyby mi się udało... (Spogląda pod nogi, odpowiada jej cisza. W końcu odzywa się psychiatra, dziękując i prosząc kolejną osobę o powiedzenie czegoś)


----------

Czytelnicy, którzy tu jeszcze zaglądają:

Szczęśliwego nowego roku!
Spełnienia marzeń, jak najczęstszego uśmiechu na twarzy i pełno miłości w życiu.
Wytrwałości, weny i wiary we własne możliwości i umiejętności :)
Oby rok 2017 był dla wszystkich lepszy, pełen nowych przygód, wyzwań i zrealizowanych celów :)

1 gru 2016

#12 'flashbacks 4


około 8 lat temu (kwiecień 2008)
Biegła korytarzem, chociaż było to zabronione. Ale słyszała co się dzieje na boisku i musiała tam być. Musiała... Musiała powstrzymać Sebastiana przed zrobieniem głupstwa. Wybiegła przed budynek i skierowała się w stronę, z której dochodziły krzyki. Przedarła się przez tłum i zobaczyła kółko na środku którego Sebastian bił jakiegoś chłopaka.
— Nadal masz jakiś problem? — krzyknął do gościa, który leżał aktualnie na ziemi, ale powoli się z niej zbierał.
— Ty kurwo! — odkrzyknął ten i rzucił się na szatyna. Evelyn nie mogła na to patrzeć. Sebastian miał już rozwaloną wargę i zapewne zwiastun siniaka pod okiem. Nie wiedziała co może zrobić, ale musiała coś zrobić. Blondyn uderzył Huntera aż ten się zatoczył.
— Ja jestem kurwą? To ty jesteś żałosnym chujem, który obraża dziewczyny... — odkrzyknął i znowu się na niego rzucił.
— Stop! — krzyknęła blondynka stając mu na drodze. Jego ręka zatrzymała się w powietrzu. Popatrzył na nią z przerażeniem. — Nie jest tego wart, Sebastian.
— Obraził cię! 
— To tylko słowa! Ty możesz zostać zawieszony, albo wywalony!
— To nic. Nikt, nie będzie cię obrażał! A już na pewno nie taki skończony śmieć jak on.
— Proszę cię, chodźmy stąd... Szkoda strzępić sobie język i nerwy na tego dupka.
Obserwowała jak zaciska dłoń w pięść i powoli ją opuszcza.
— Widzę, Hunter, że twoja dziwka ratuje ci dupę... Jesteś tak żałosny, że nie jesteś w stanie doprowadzić sprawy do końca? — spytał chłopak stając za Evelyn. Tak się wściekła, że odwróciła się napięcie, a jej pięść wylądowała na jego twarzy z impetem, aż mu głowa lekko odskoczyła.
— Nauczył mnie kilku ciosów. Chcesz sprawdzić? — warknęła, ciągnąc Sebastiana za sobą i patrząc jak ten drugi trzyma się za lewą stronę twarzy. Kiedy ona i Hunter byli sami, jęknęła głośno i złapała się za dłoń. Chłopak stanął i obejrzał ją.
— Przeżyjesz... — Uśmiechnął się i pogłaskał ją po kostkach, po czym lekko pocałował. — Niezły cios...
— Miałam niezłego nauczyciela... — Wzruszyła ramionami.

około 8 lat temu (czerwiec 2009)
Opierała się o maskę samochodu, przyglądając się chłopakowi, który właśnie wyszedł z wody. Było późno. Zdecydowanie zbyt późno, żeby być w tym miejscu i zbyt późno na kąpiel.
— Nie przyłączysz się? — spytał chłopak, łapiąc ją w pasie. Zmoczył całe jej ubranie, przez co krzyknęła i odsunęła się od niego. 
— Jest chłodno!
— Nie bądź taką sztywniarą... — mruknął, całując ją mocno i namiętnie. Jej ciało zareagowało instynktownie, odchylając się lekko. Rozchyliła wargi wpuszczając go do środka i pozwalając na pogłębienie pocałunku. Nim się obejrzała, uniósł ją do góry i oplótł jej nogami swoją talię. Po chwili zorientowała się, że szedł w stronę wody, ale nie zaprotestowała. Była zbyt pochłonięta pocałunkiem. 
Dotychczas przyjeżdżali tu nocą, siedzieli na masce i obserwowali gwiazdy odbijające się w wodach oceanu. Byli ze sobą rok, a miała wrażenie jakby trwało to znacznie dłużej. Teraz ich znajomość po prostu została rozszerzona o pocałunki, znacznie odważniejsze i czulsze gesty. Doszedł do wody i zanurzył się w niej razem z Evelyn. Pisnęła i odsunęła się od niego. 
— Jesteś brutalem! — krzyknęła, ale śmiała się głośno, czując jak woda zakrywa ich po szyję. Przywarła do niego mocniej. Wpatrywał się w jej oczy, w których odbijał się blask księżyca. Była taka szczęśliwa, że jemu też się udzieliło. Na jego wargach pojawił się szeroki uśmiech. Znowu go pocałowała. Uwielbiała to, że jest cierpliwy i czeka aż ona będzie gotowa. Nie naciskał i nie namawiał ją na nic, na co miała ochoty. Jednak ona pozwalała mu na coraz więcej. Za każdym razem gdy byli zupełnie sami, on dotykał ją śmielej, a ona nie protestowała. 
Jej oddech przyspieszył, gdy jego dłoń podjechała z biodra na talię i z talii na pierś.
— Tak sobie pomyślałam... W przyszły weekend moi rodzice wyjeżdżają... Może wpadniesz...
— Zawsze wpadam — zaśmiał się, całując ją w skroń.
— Ale tym razem... — wymruczała. — Możesz wpaść w innym celu...
— Och... — pocałował ją czule. — A Lucy?
— Pójdzie spać... Ma pokój na drugim końcu domu... — szepnęła, zsuwając jego dłoń, między swoje nogi. — Zamkniemy drzwi... I będę cała twoja...

około 8 lat temu (wrzesień 2009)
Jej rodzice wyjechali. Siostra nocowała u przyjaciółki. Druga mieszkała już w Nowym Jorku. A ponieważ Sebastian miał przyjaciół z Wielkiego Jabłka, którzy nie chodzili do ich szkoły, mogła wybrać się na urodziny jednego z nich u boku chłopaka. 
Sebastian nie miał jeszcze pełnego prawa jazdy. Mógł poruszać się głównie po terenie Rhode Island i nie mógł prowadzić między pierwszą a trzecią w nocy. Jeszcze. Nie chciał ryzykować, biorąc pod uwagę, że jego osiemnaste urodziny miały być za zaledwie kilka miesięcy, więc wyjechali wcześniej pociągiem i mieli wrócić rano. Jej rodzice i tak mieli wrócić dopiero w niedzielę wieczorem, a była sobota. Pomimo iż to nie było zupełnie w jej stylu, ufała Sebastianowi i nie chciała go ograniczać.
Siedzieli na podwójnym siedzeniu w otwartym wagonie. Evelyn od okna, bo lubiła obserwować zmieniający się za nim krajobraz. Chłopak się o nią oparł, składając czułe pocałunki na jej szyi.
— Mogłam założyć golf... — mruknęła, odchylając głowę na bok. Był nieustępliwy i już po chwili jego wargi wylądowały na jej. Nie był zbyt subtelny i delikatny, jednak jej to nie przeszkadzało. Ale przeszkadzało najwyraźniej starszej kobiecie, która siedziała po drugiej stronie przejścia. Patrzyła na nich oburzona i mówiła coś do męża, wskazując na młodą, zakochaną parę.

Siedział obok swojego kumpla i obserwował parkiet, na którym tańczyła Evelyn. Jego znajomy coś mówił, ale niespecjalnie słuchał. Widział tylko blondynkę, która bujała biodrami do rytmu i rzucała mu krótkie spojrzenia, spod przymrużonych powiek. Była tak piękna i uwodzicielka, ze po chwili przeprosił chłopaka, odstawił szklankę i ruszył w jej stronę. Objął ją w pasie i przytulił się do jej pleców.
— Musisz to robić? — mruknął wprost od jej ucha i zaczął się bujać razem z nią.
— Ale co takiego?
— Kusić mnie na każdym kroku...
— Nie musiałeś przerywać rozmowy. Chciałam tylko, żebyś patrzył na mnie, a nie na inne laski.
— Nie jestem w stanie patrzeć na inne. 
— Dobrze... — szepnęła odchylając się do tyłu i opierając głowę na jego ramieniu. Pocałował ją w szyję i obrócił energicznie w swoją stronę. Zaśmiała się głośno i objęła go ramionami. Patrzył na nią dłuższą chwilę, nadal nie mogąc uwierzyć, że jest jego. Zawsze trudno było mu uwierzyć w to, że ona jest jego przyjaciółką. Teraz, nie potrafił zrozumieć, co ona może w nim kochać. A od kiedy byli oficjalnie razem... Była inna. Cały czas się uśmiechała. Jej oczy błyszczały. Sam miał ochotę uśmiechać się cały czas. Była dla niego wszystkim. 

około 8 lat temu (październik 2009)
Szła powoli po chłodnym piasku. Nuciła pod nosem piosenkę, którą  puścił w radiu samochodowym. Patrzył na jej biodra, talię i ramiona, którymi ruszała w płynny i powolny sposób. Odwróciła się w jego stronę i zawróciła, zbliżając się i przygryzając lekko wargę. W końcu podskoczyła w miejscu i do niego podbiegła.
— Lubię te nasze wypady... — powiedziała zawieszając mu się na szyi z szerokim uśmiechem. 
— Lubię na ciebie patrzeć...
Znowu uśmiechnęła się promiennie i znowu zaczęła ruszać ciałem, jakby chciała wciągnąć go do tańca. Zabrała mu papierosa z ust i zaciągnęła się. Nie paliła zbyt często, ale od czasu do czasu sobie pozwalała.
— Zatańcz ze mną! — krzyknęła, przyciągając go do siebie i wprawiając ich ciała w ruch. Objął ją w talii i ukrył twarz w zagłębieniu jej szyi, wdychając przyjemny zapach owoców. Odsunął się na chwilę by spojrzeć na jej twarz. 
— Kocham cię... — powiedział cicho, tuż przed tym jak ją pocałował. Czuł jak jej wargi wyginają się w uśmiechu. Kiedy odsunął się od niej, patrzyła na niego pełnymi blasku oczami i z szerokim uśmiechem na ustach. 
— Ja ciebie też kocham... — odparła, krzyżując ręce na dole pleców i lekko się kłaniając. — Mam wrażenie, że całe życie, Hunter...

teraźniejszość
Stał pod drzwiami i walił w nie z całej siły. Starał się je wyważyć, ale nie był w stanie. Słyszał donośne miauczenie jej kotki.
— Evelyn! Wiem, że tam jesteś! Otwórz! Proszę! Porozmawiaj ze mną! — krzyczał, uderzając raz za razem i raniąc sobie dłonie. 
— Nadal nic?! — krzyknął Colton, wypadając z windy. 
— Nie! 
— Już zadzwoniłem po karetkę...
— Co? Po co? Przecież ona po prostu nie chce ze mną rozmawiać... To nic takiego... Zamknęła się, ale przecież...
— Sebastian... — Colton położył mu dłoń na ramieniu i popatrzył prosto w oczy. Czarnoskóry widział w jego oczach strach i ból. Nie mógł tego udawać. — I tak dobrze, że byłeś w mieście i zorientowałeś się, że Alison tu jest. W przeciwnym razie... — Jego głos się załamał.
Potem wsadził klucze do dziurek, chociaż dłonie niemiłosiernie mu się trzęsły. Sąsiedzi wyszli z mieszkań i obserwowali to co się dzieje na korytarzu. Kiedy w końcu udało im się wejść do mieszkania szatyn zamarł. Evelyn siedziała oparta plecami o sofę, jej ręce leżały bezwładnie, podobnie jak głowa. Z nadgarstków nadal sączyła się krew. Zwierzę chodziło dookoła pani, miaucząc przeraźliwie. Chłopak dopadł do jej ciała i przytulił ją do siebie.
— Eve... Otwórz oczy... Proszę cię... — mówił. Colton znalazł jakieś ręczniki i starał się zatamować krwawienie.
— Ma puls... A rany wydają się świeże... — mruknął pod nosem. Patrzył na Sebastiana, który był absolutnie zdruzgotany. Siedział ze łzami w oczach, tuląc do siebie jej bezwładne ciało. Colton był zupełnie rozdarty. Wiedział, że nie mówienie jej o ciąży jest lepszą opcją, szczególnie, że nie wiadomo było czy to dziecko Sebastiana, a on sam coraz poważniej rozważał odejście od Alison. Ale był wściekły, że to wszystko miało miejsce. Evelyn nie zasługiwała na tyle ciosów. Kiedy Sebastian zadzwonił, mówiąc że Alison jest w Nowym Jorku, obaj wiedzieli, że trzeba sprawdzić co z blondynką, bo pewnie już wie.
— Nie możesz mnie zostawić... — wyszeptał, całując jej czoło. Colton zacisnął wargi i powieki, powstrzymując łzy. To on musiał by teraz tym opanowanym, chociaż wychodziło mu to z trudem. Nie chciał naskakiwać na Sebastiana za powrót i ponowne namieszanie w jej życiu. Był wystarczająco rozwalony. Sam wiedział, że wywrócił jej względnie poukładane życie do góry nogami. — Proszę... Kocham cię...
Do mieszkania wpadli ratownicy i od razu ich od niej odsunęli. Sebastian chwycił na ręce jej kotkę i mocno do siebie przytulił. Evelyn nie mogła umrzeć... Nie teraz, gdy chciał wrócić.

KONIEC CZĘŚCI I
Wracam za ponad miesiąc (chyba): 01.01.2017

24 lis 2016

#11 'hypnotized


Siedział z głową opartą o szybę, która przyjemnie chłodziła jego skórę. Blondynka prowadziła płynnie, wymijając liczne samochody na nowojorskich ulicach. Starał się nie myśleć i nie analizować sytuacji. Marzył o łóżku i śnie, chociaż obawiał się, że nadmiar alkoholu sprawi, że ta noc będzie niespokojna. Zobaczył, że wjeżdżają w końcu na podziemny parking. Dziewczyna zaparkowała samochód i zabrała kluczyki. Poparzyła w jego kierunku rozbawiona.
— Dasz radę dojść do windy? — spytała, odgarniając mu włosy z czoła. Pokiwał tylko głową i otworzył drzwi. Kiedy tylko stanął na nogach, zachwiał się i złapał na dach. 
— Kurwa... — mruknął pod nosem. Evelyn uśmiechnęła się i stanęła obok, przerzucając sobie jego rękę przez ramię. Była niższa, więc prowadzenie go było ogromnym wyzwaniem, ale jak tylko wsiedli do windy, oparła go o ścianę. 
— Ale popłynąłeś... — mruknęła, opierając się o ścianę po przeciwnej stronie pomieszczenia. Spojrzał na nią spod byka. Miała wrażenie, że nie był aż tak pijany, jak myślał Ethan, jednak nie zmieniało to faktu, że chwiał się na nogach. W końcu winda się zatrzymała, a oni wysiedli. Sebastain szedł o własnych siłach, czasami podpierając się o ścianę. Blondynka miała ubaw, patrząc jak stara się iść prosto i dojść do jej mieszkania. — Pięknie... — powiedziała, gdy w końcu usiadł na sofie. — Jestem z ciebie dumna.
Wyszła do kuchni, żeby nalać wody do szklanki. Potem ruszyła do sypialni, z której przyniosła dla niego kołdrę i poduszkę. Jej kotka już zdążyła przybiec i łasić się, domagając głaskania. Drapał ją za uchem. Evelyn siadła na niskim stoliku na przeciwko niego, biorąc kotkę na kolana.
— Dawno się nie upiłeś, co? — mruknęła. — Powinnam ci zostawić jeszcze coś na wypadek, gdyby zrobiło ci się niedobrze...
Nachylił się w jej stronę. Patrzył na nią dziwnie trzeźwymi oczami. Nic nie mówiła. Nawet nie wiedziała co powinna powiedzieć. Po raz pierwszy czuła się przy nim spłoszona i niepewna. W jego oczach widziała tęsknotę, ból i zagubienie. Wszystkie tak bardzo do niego niepasujące. Czuła jak jej oddech przyspiesza i robi się znacznie cięższy. Powinna wstać i iść do drugiego pokoju. Powinna się zdystansować. Ale nie potrafiła. Była jak zahipnotyzowana i w cale nie chciała się ruszyć. Poczuła jak złącza ich wargi w czułym pocałunku. A ona mu na to pozwoliła, bo za bardzo tego pragnęła. Za bardzo za tym tęskniła. Za bardzo tego potrzebowała. Wsunęła dłonie w jego włosy, pragnąc jeszcze więcej. Rozchyliła lekko wargi i przechyliła się do tyłu. Miała wrażenie, że zaraz łzy zaczną lecieć jej z oczu. Przysunęła się do niego bliżej. Ignorowała nawet smak alkoholu, którego nie tykała od tygodni. Dopiero po chwili, gdy pocałunek stał się bardziej namiętny, uświadomiła sobie jak dawno nikt jej tak nie dotykał. Nie czuła warg kogoś innego na swoich. A tak tego pragnęła. Niemal zapomniała jak idealnie do siebie pasowali. Ale to ona pierwsza odzyskała zdrowy rozsądek. Odsunęła się od niego i popatrzyła mu w oczy.
— Będę u siebie, jakbyś czegoś potrzebował... — szepnęła i pospiesznie wyszła z salonu, zatrzaskując za sobą drzwi do sypialni.

Podniósł powieki i od razu je zamknął. Światło, wdzierające się przez szyby, zaatakowało jego oczy i wywołało potężny ból głowy. Zasłużył. Przesadził i powinien cierpieć. Rozejrzał się po znajomym mieszkaniu i poruszył nogami, zrzucając przez przypadek kotkę, która na nich spała. Miauknęła niezadowolona i obrzuciła go pełnym pogardy spojrzeniem.
— Wybacz... — mruknął i podniósł się do pozycji siedzącej, od razu żałując tego ruchu. Złapał się palcami u nasady nosa. Siedział tak dłuższą chwilę i czekał aż ból minie. Kiedy poczuł się lepiej, wypił tabletki zostawione przez Evelyn i ruszył do kuchni po więcej wody. A potem do jej sypialni. Otworzył i tak lekko uchylone drzwi i zajrzał do środka. Dziewczyna nadal spała, okryta jedynie ciepłym, pluszowym kocem. Zrozumiał, że oddała mu swoją kołdrę i jedną z poduszek. Uśmiechnął się pod nosem i oparł o framugę, obserwując blondynkę dłuższą chwilę. Spojrzał na swoje ubrania i z niesmakiem stwierdził, że nadal ma na sobie strój z wczoraj, przesiąknięty smrodem papierosów, alkoholu i tego dziwnego zapachu rozpylanego w klubie. Wycofał się i przymknął drzwi, wracając do kuchni. On był pewny, że nie jest w stanie nic przełknąć. Posprzątał w salonie i zabrał się za robienie śniadania dla Evelyn. Podstawił na jajecznicę, którą kochała. Przygotował herbatę (gorzką dla siebie, bo bał się, że jego żołądek nie zniesie ani grama cukru, szczególnie po nocnych torsjach) i siadł przy wyspie, wiedząc że dziewczyna niedługo wstanie. Mogła pójść spać o piątej, a i tak zrywała się z łózka najpóźniej o ósmej. Nie mylił się. Chwilę później, zaspana i ubrana tylko w za duży t-shirt, weszła do pomieszczenia i zajęła miejsce obok niego. Milczała.
— Chyba powinienem ci podziękować za uratowanie... — mruknął.
— Powinieneś podziękować Ethanowi. To on znalazł mój numer i zadzwonił po mnie, po tym jak zobaczył, że pokładasz się na sofach w loży. Zgonił chłopaków na dół, żeby nie widzieli, że wychodzisz z jakąś dziewczyną. Twój przyjaciel ma dobrą pamięć... — powiedziała, siedząc wyprostowana jak struna i smarując kromkę masłem. — Dziękuję za śniadanie. Jest pyszne... Domyślam się, że ty nie tkniesz nic.
— Przegiąłem... — Spuścił głowę i upił łyk herbaty. Wyczuł, że między nimi jest jakaś bariera, która pojawiła się nagle. A on nie wiedział dlaczego. — Wszystko w porządku? 
— Mhmm... Czemu miałoby nie być? — spytała, podnosząc na niego wzrok. Wzruszył ramionami. — Może ogarnij się, ja skończę i odwiozę cię do hotelu. Żeby nikt się nie dowiedział, że spędziłeś tutaj noc. Do niczego nie doszło, ale wiesz... plotki... — powiedziała i znowu zabrała się za jedzenie.
Kłamała. Wiedział to doskonale, bo za dobrze ją znał. Ale nie dopytywał, widząc, że najwyraźniej czuje się skrępowana.

Pocałował mnie. A ja się czułam cudownie. Nie wiem... Nie mam wyrzutów sumienia, ale... no wiem, że nic z tego nie będzie... Bierze ślub i nic tego nie zmieni. Ale tak dobrze było... znowu poczuć go tak blisko... Chyba nie zdawałam sobie sprawy jak mocno go kocham... I nie wiem czy kiedykolwiek przestanę... (Wybucha niepohamowanym płaczem.)

Wyszedł przed hotel z okularami przeciwsłonecznymi na oczach. Nadal nie doszedł do siebie po pijaństwie, ale jego koledzy nie zachowywali się lepiej. Ledwo zwlekli się na parter z torbami w dłoniach. Żaden nie zauważył jak wrócił rano do pokoju, odwieziony przez kogoś w czarnym audi. Nie mogli widzieć tego pełnego skrępowania pożegnania, gdy Sebastian nachylił się w stronę Evelyn by pocałować ją w policzek i podziękować za bezpieczny kąt, gdy rozpadał się po alkoholowej libacji, a ona spuściła lekko głowę, pozwalając mu na to, jednak nawet nie reagując na czuły gest. On natomiast zupełnie nie pamiętał jak z tęsknotą całował jej usta, głaskając policzki pokryte cienką warstwą podkładu. Nie pamiętał jak kilka godzin później siedziała obok, starając się uspokoić jego targane torsjami ciało i jak odsuwała przyklejone do czoła włosy. Nie pamiętał jak mówił, że ją kocha, że zrobiłby wszystko, żeby wrócić, że liczy się tylko ona, a odejście było jego najgłupszą decyzją. Jak powtarzał, że nie wie co zrobić, że jest pogubiony, a ona jest jego bratnią duszą, bez której zaczyna tracić zmysły. Znaczna część nocy była dla niego zagadką. Tak jak zachowanie Evelyn. Pożegnała się z nim cichym "Cześć" i czekała aż wysiądzie, a gdy to zrobił, niemal natychmiast odjechała. Nie chciał dzwonić. Na razie. Chciał dać jej czas, licząc, że to pozwoli jej na poukładanie sobie kilku spraw i wyznanie co takiego stało się w nocy. Spojrzał na Iana, który opuścił właśnie budynek.
— Gdzie zniknąłeś w nocy? — spytał, klepiąc go po ramieniu.
— Wróciłem do hotelu. To znaczy Ethan mnie odstawił... — odparł cicho, nieufnie patrząc na przyjaciela.
— Powiem ci, że chyba nigdy nie widziałem cię w takim stanie.
— Dobra, stary... Wiem, okey? Skończmy ten temat i tyle... — warknął i ruszył w stronę samochodu, który właśnie podjechał.

Siadła na sofie i pracowała nad projektem. To jej pozwalało nie myśleć o innych rzeczach. Przede wszystkim o Sebastianie. Dopasowywała akurat obraz do okładki, którą projektowała, gdy zadzwonił jej telefon. Nie patrząc na wyświetlacz odebrała.
— Słucham? — mruknęła, wpatrując się w ekran.
— Hej, tu Ethan...
— O hej! Wszystko w porządku? — zaniepokoiła się.
— Tak! Spokojnie. Chciałem tylko podziękować, że zajęłaś się Sebastianem. Miałem niezły zawrót głowy jako jedyny trzeźwy... Bym go odwiózł sam, ale nie mogłem ich zostawić. A zamówienie taksówki, mogłoby się skończyć tym, że by w niej został aż wytrzeźwieje, albo kierowca go wypieprzy na ulicę.
— Nie ma sprawy... To znaczy, wiesz... To mój przyjaciel, zawsze bym mu pomogła... Mam nadzieję, że wieczór kawalerski wam się udał mimo wszystko.
— Och tak! Dzięki, było świetnie. Naprawdę dziękuję, że się nim zaopiekowałaś.
— Nie wiesz przypadkiem co mu się stało? To znaczy wiesz... on z reguły tak nie pije.
— Powiem ci, że nie mam pojęcia. Ostatnio dużo milczy i jest jakiś nieobecny. Poza tym chyba pożarł się z Ianem, bo trzyma się od niego z daleka. Może po prostu go sama zapytaj. Evelyn.. Ja powinienem ci o czymś powiedzieć... I wierz mi, pluję sobie w brodę, że robię to dopiero teraz... Bo widzisz...

Leżała i wpatrywała się w sufit. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny były dziwne. Ostatni miesiąc był dziwny. Czuła, że przyda jej się długa sesja u psychiatry, żeby ogarnąć bałagan, który miała w głowie. Jej głębokie rozmyślania przerwało donośne pukanie do drzwi. Było już późno, a ona nikogo nie zapraszała, więc nie miała zielonego pojęcia kto przyjechał. Zwlekła się z łóżka i ruszyła korytarzem do wejścia. Nawet nie spojrzała kto stoi po drugiej stronie. Otworzyła drzwi i popatrzyła na gościa zaskoczona. Przed nią stała Alison w białym płaszczu, który podkreślał jej mocno zaokrąglany brzuch.

18 lis 2016

#10 'friendship


♪ onerepublic - let's hurt tonight

Szła pewnym siebie krokiem w kierunku uczelni. Zaglądała na nią coraz rzadziej, skupiając się na swojej pracy i projekcie. Uczelnia oferowała jej jednak darmową ciemnię, więc korzystała kiedy mogła. Piątek przywitał Nowy Jork niewielkim mrozem i słońcem. Evelyn lubiła własnie taką zimę. Otuliła się szalikiem, wiedząc że już niedługo słupki termometrów podskoczą powyżej zera, a przyroda zacznie budzić się do życia. Blondynka czuła się fantastycznie. Od dawna tak nie było. Weszła na teren kampusu i ruszyła w stronę ciemni, gdzie spędziła trochę czasu. Kiedy wyszła, jak zwykle jej ubrania i włosy nie pachniały najlepiej, ale miała kolejną porcję zdjęć. Z szerokim uśmiechem na ustach wróciła do mieszkania. Nie była pewna czy to uczucie było spowodowane pogodą, ogólną poprawą jej samopoczucia czy może wiadomością, którą zostawił jej wczoraj wieczorem Sebastian. Czuła się trochę jak wtedy, gdy zaczęło do niej dochodzić, że jest w nim śmiertelnie zakochana. Gdy mówił, że jej obecność poprawia mu samopoczucie, a ona czuła się jak najbardziej wyjątkowa osoba na świecie. Tak, popadła w stan euforii. Ale nie mogła nic poradzić na to, że go kochała. 

Weszła do ulubionej kawiarni i zajęła miejsce przy oknie. To co zawsze. Lubiła patrzeć na ludzi mknących po ulicach, wsłuchiwać się w gwar za szybą, który jakby jej nie dotyczył. Czekała.
— Wybacz! Zawsze miałam wrażenie, że poruszanie się metrem po tym mieście jak najszybszym sposobem, ale ten tłum... — jęknęła Violet siadając na przeciwko niej. — Ładnie wyglądasz... — powiedziała, patrząc z uśmiechem na przyjaciółkę. Ta rozpromieniła się jeszcze bardziej i skinęła na kelnera.
— Nie jedziesz dzisiaj do Bostonu? — zagadnęła Evelyn, kiedy przyjaciółka zdjęła z siebie kurtkę i szalik, pozostając w uroczej, różowej czapce.
— Nie. Theo mówił, że ma dużo nauki, więc będzie zajęty. Postanowiłam sobie odpuścić. W przyszłym tygodniu przyjeżdża do Newport na dłużej. Ale powiedz mi jak z Sebastianem.
— Chyba dobrze... Dzwonił wczoraj, bo chciał usłyszeć mój głos... W sumie nagrał mi się tylko... — Zmarszczyła brwi. — Jego głos brzmiał... smutno. Jakby czymś się przejmował.
— Ja na jego miejscu też bym się przejmowała będąc w takiej chujowej sytuacji... — Skrzywiła się. Evelyn przechyliła głowę na bok i zgromiła ją wzrokiem.
— Daj mu szansę... Naprawdę się stara.
— Dobra, dobra! Wiem, że to twój Sebastian... — zaśmiała się głośno. Blondynka spuściła wzrok i popatrzyła na swój kubek.
— Nadal mam mętlik w głowie i w sercu... — szepnęła. 
— Czyli nie ukrywasz, że chciałabyś żeby wrócił.
Pokręciła głową.
— Dość o mnie. Opowiadaj, proszę! Nie chcę o tym myśleć. Chce posłuchać jak idą ci studia, jak z Theo, jak plany. WSZYSTKO!
— Okey... Studia idą mi fantastycznie. Kończę przygotowywać projekt na zaliczenie licencjatu. Będę go bronić w połowie maja. Zastanawiałam się potem nad przeprowadzką do Bostonu. Theo robi staż w kancelarii prawniczej i... no wiesz, nie mam tu pracy, dopiero będę szukać, więc równie dobrze mogę to robić w Bostonie.
— Zostawisz mnie? — Udała oburzenie Evelyn i upiła łyk kawy.
— Wybacz. Ale Boston nie jest na końcu świata!
— Wiem. — Na twarzy blondynki pojawił się szeroki uśmiech. — I też uważam, że to świetny pomysł. Będziesz z Theo, otworzą się przed tobą nowe możliwości, nie będziesz musiała spędzać tyle czasu na jeździe w tą i z powrotem. Możecie w końcu zacząć budować wspólną, stabilną przyszłość...
— Och tak... Oboje bardzo tego chcemy... No wiesz... Mieć własne mieszkanie, zacząć myśleć o ślubie... — powiedziała Violet z szerokim uśmiechem.
— Bardzo dobrze. Zasługujecie na to.
— A ty? Jakie są twoje plany?
— Znowu o mnie? Nie! Miałyśmy rozmawiać o tobie! — Nieustępliwy wzrok przyjaciółki ukrył wszelkie jej jęki i protesty. — Cóż... Na razie mam pracę, z której nie mam zamiaru rezygnować. Ale chcę zostać w Nowym Jorku, bo dla artysty to jedno z najlepszych miejsc do rozwoju. Plus... za bardzo je kocham.
— Matko, Eve... Jesteśmy dorosłe... Kiedy to się stało? — zaśmiała się Szatynka.
— Nie mam pojęcia.

Ja i Violet znamy się od dziecka. Poznałyśmy się w szkole i w sumie tak to się potoczyło, że zaprzyjaźniłyśmy się. Oczywiście, był okres że była zazdrosna o Sebastiana. Chciała żebyśmy miały taką więź jak moja i jego, ale... no wiesz, jego znam od berbecia. To nie zmieniło faktu, że Violet była mi bardzo bliska. Zabiłaby każdego kto mnie skrzywdził... Żebyś ją widziała, kiedy zobaczyła jak płaczę przez Sebastiana. Była gotowa lecieć do Kalifornii i go wykastrować. Kocham ją. Jest dla mnie jak siostra i cieszę się jej szczęściem, chociaż wiesz... oczywiście czuję się zazdrosna, że jej się powodzi a mi nie. Ona i Theo spotykają się... od... rany... prawie 10 lat! Tak... Myślę, że czuję zazdrość, że oni są nadal razem, a ja i Sebastian... Czy...? Wiesz, to było tak, że ja i Violet się przyjaźniłyśmy. Ona i Sebastian nie do końca. Tolerowała go, widziała że jesteśmy sobie bliscy, ale oni nie byli blisko. Sebastian i Theo... nie wchodzili sobie w drogę. Chłopak mojej przyjaciółki dobrze się uczył, był raczej wycofany, od czasu do czasu chodził na imprezy, więc był idealnym celem dla popularnych, żeby się z niego nabijać. Zresztą ja też. Tylko przez Huntera byliśmy nietykalni. Oczywiście mimo wszystko znaleźli się tacy, którzy nas chcieli zgnoić.
A Violet? Jest bojowa, buntownicza, wiecznie uśmiechnięta, pełna energii. Uzupełniała mnie. Miała to czego mi często brakowało. Zawsze trudno było jej odmówić. Zrobiłaby dla mnie wiele, była... jest cudownym wsparciem. Czasem mnie beszta i jest do bólu szczera. Ale za to ją kocham.

Siadła na przeciwko przyjaciela i milczała. Potrzebowała chwili, żeby uspokoić oddech. Wejście na ósme piętro było dla jej kondycji wyzwaniem. Nie zdała.
— Twoja pieprzona winda... — wydukała. Zaśmiał się głośno i wyszedł do kuchni, żeby przynieść jej kolejną szklankę wody. — Zanim dojdę do siebie... Opowiedz jak randka.
— Interesująco. Zresztą jak zawsze... pokładam w tym gościu nadzieje... — Uśmiechnął się Colton i rozsiadł wygodnie na fotelu.
— Jaki on jest? Co robi?
— Jest bardzo przystojny, niczym model! — Uśmiechnął się promiennie chłopak. — Skończył studia dziennikarskie, aktualnie pracuje w redakcji NYArts. Ma dwadzieścia siedem lat. Jest naprawdę cudowny i wie o mnie wszystko. Bardzo lubię się z nim spotykać...
— Mam nadzieję, że go poznam. — Uśmiechnęła się do niego, w końcu odzyskując kontrolę nad oddechem.
— Oczywiście! Jak tylko masz ochotę, możemy się ustawić na przyszłą sobotę.
— Chętnie... — powiedziała i utkwiła wzrok w szklance wody, którą trzymała między dłońmi.
— O rany, ale gafa! Nie musimy tego robić tak szybko. Jestem pewny, że Marcus jest w stanie poczekać jeszcze...
— Poczekać? — Uniosła na chwilę wzrok.
— Bardzo chce cię poznać. Wiele mu o tobie opowiadałem.
— Nie, Colton. Nie musimy czekać... Cieszę się twoim szczęściem. Cieszę się, że mimo wszystko nie przygniotłam cię swoimi problemami i układasz sobie życie... Bardzo, ale to bardzo chcę żebyś się uśmiechał i wreszcie przestał mną przejmować. W ostatnich miesiącach byłam... okropna.
— Nieprawda. Najważniejsze że wychodzisz na prostą, a jeśli nie chcesz jeszcze go poznawać...
— Nie... To nie to... Po prostu wszystkim się układa... A ja nadal nie potrafię ruszyć dalej. Ale to nic. Naprawdę. Chętnie poznam Marcusa... Opowiedz o nim coś jeszcze...
Chłopak zabrał się za opowiadanie, a ona słuchała. A przynajmniej się starała.

Nie muszę ci opowiadać o Coltonie. Wiesz o nim wszystko. Cieszę się, że kogoś znalazł. Cieszę się, że kogoś pokochał. Zasługuje na to i bałam się, że moimi problemami i napadami doprowadzę u niego do nawrotu... Bałam się, że zamknie się w mojej bańce depresyjnej i skupi się na mnie a nie na sobie. Naprawdę się cieszę, że dobrze sobie radzi. Ja po prostu... No wiesz... Siostra w ciąży. Przyjaciółka bliska wyprowadzki do chłopaka z którym jest dziesięć lat, przyjaciel w końcu kogoś poznał i się zakochał... A ja? Tkwię w tym samym punkcie od pięciu lat...


około 5 lat temu (październik 2012)
Wybiegła z gabinetu i zaczęła intensywnie naciskać na przycisk przywołujący windę. Chciała się stąd wydostać. Miała wrażenie, że się dusi. Szok wywołany diagnozą był zbyt duży. Wyszła z gabinetu ze łzami w oczach a lekarka jej nie powstrzymywała. Szlochała cicho, okrywając się szczelnie swetrem i starała się ukryć przed wścibskim spojrzeniem nielicznych osób. Nie chciała by obcy patrzyli na nią, widzieli jej słabość i łzy. Nawet w takim miejscu, gdzie niemal każdy wychodził zapłakany. Poczuła delikatny dotyk na ramieniu. Wzdrygnęła się i odwróciła ze wzrokiem godnym wystraszonej sarny.
— Wybacz... — powiedział ciemnoskóry chłopak. Był od niej wyższy, miał krótko przystrzyżone włosy, brązowe oczy, które patrzyły na nią ze zrozumieniem. Pomiędzy smukłymi palcami trzymał paczkę chusteczek. Sięgnęła po nie niepewnie. Wytarła oczy i nos po czym popatrzyła na chłopaka, który nadal ją obserwował. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale poczuła jakąś dziwną więź między nimi, która zerwała się w momencie gdy winda oznajmiła pojawienie się na tym piętrze, a drzwi się rozsunęły. Oddała mu resztę paczki i weszła do środka. Gdy chłopak powoli znikał za drzwiami, nadal na nią patrząc, wydukała tylko ciche 'dziękuję'. Uśmiechnął się, odsłaniając urocze dołeczki w policzkach. Winda ruszyła w dół.


teraźniejszość
Kiedy w końcu dotarła do domu, była emocjonalnie wyczerpana. Na przestrzeni zaledwie kilku dni dowiedziała się o szczęściu tylu osób, że sama poczuła się jak żałosna kupa gówna, która oczywiście nic ze sobą nie potrafi zrobić i tkwi w przeszłości zamiast ruszyć dalej. Gdyby mogła, najchętniej kopnęła by się w dupę, a potem rąbnęła swoją głową o ścianę, żeby się otrzeźwić. Właśnie chciała zaprzepaścić tygodnie pracy i psychoterapii, przez to, że wszyscy dookoła byli szczęśliwi. Własnie okrzyknęła się najgorszą siostrą i przyjaciółką w dziejach, która cieszy się tylko na pokaz. Westchnęła głośno, robiąc sobie ciepłą herbatę i drapiąc kota za uchem. Spojrzała na zegarek. Było już po 23. Nie mogła pojąć jak jej się udało tak zasiedzieć u Coltona. Pokręciła głową i spojrzała na telefon, który zaczął dzwonić. Odebrała, chociaż powinna kategorycznie olać tak późne połączenia od nieznanego numeru.
— Tak? O hej... Tak, oczywiście, że pamiętam. Nie wiedziałam, że jesteś w mieście i masz mój numer... Naprawdę?! Gratulację. Co się stało? Poważnie? Dobra, powiedz mi gdzie jesteś, zaraz tam będę... Okey, dobra czekaj na mnie... — mruknęła zbierając swoje rzeczy i wychodząc z mieszkania.

Muzyka była dla niego nie do zniesienia. Siedział na loży i czuł jak melodia dudni mu w głowie. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje. Świat wirował, dlatego położył się na sofie i wyciągnął telefon. Od początku miał zamiar się spić i nie myśleć, bo jak na razie był tylko wrzodem na dupie, a nie kompanem do zabawy. Chciał wykręcić jeden numer. Bardzo tego potrzebował, ale od samego patrzenia na ekran chciało mu się wymiotować. Niewielkie literki migały, powodując że zmrużył oczy. Położył telefon ekranem do dołu na swoim brzuchu i popatrzył na sufit, na którym migały światełka. Zamknął oczy, nie mogąc znieść tego wszystkiego.
— Sebastian, brachu, przesadziłeś... — Usłyszał nagle głos Ethana, który musiał stać nad nim. Otworzył oczy i zobaczył właścicielkę numeru, pod który chciał zadzwonić. Patrzyła ze zmartwieniem.
— Chodź, Imprezowa Bestio. Zabieram cię do domu... — powiedziała, pomagając mu wstać.

10 lis 2016

#09 'flashbacks 3




około 9 lat temu (marzec 2008)
Wydawało jej się, że śpi mocno. A jednak, gdy drzwi na taras się uchyliły, otworzyła szeroko oczy i spojrzała w tamtym kierunku. Od dawna wiedziała, że nie powinna zamykać drzwi. Szczególnie, jeśli nie miała ochoty w nocy wstawać i wyrywać się ze snu przez uporczywe stukanie oraz liczne połączenia telefoniczne. Albo miała litość dla Sebastiana, który zakradał się do niej, a jeśli nie dostał się do środka, to siedział na tarasie do rana. Nie ruszyła się spod ciepłej kołdry. Słyszała jak zrzuca z siebie kurtkę, ściąga buty i kroczy w kierunku łóżka. Poczuła jak materac się ugina pod jego ciężarem. Leżał na kołdrze i wpatrywał się w sufit. Podobnie jak ona.
— Zerwałem z Mandy... — Usłyszała. Poczuła, jak łapie ją za dłoń i lekko zaciska palce.
— Dlaczego?
Wzruszył ramionami.
— Podobno łazi do tego palanta Samuela. Nie będę pozwalał się zdradzać na prawo i lewo.
— Ja bym cię nie zdradziła... — mruknęła, odwracając się na bok i patrząc na jego profil. Uśmiechnął się.
— Wiem... To ty jesteś ta porządna — zaśmiał się cicho.
— Przesadzasz... Nie jesteś zły, Sebastian.
— Idź spać, Lyn... — powiedział i przyłożył swoją dłoń do jej twarzy. Strzepnęła ją i odwróciła się do niego tyłem.
— Lepiej sobie nastaw budzik. Jak ktoś cię tu znajdzie to będę miała przesrana.
— Ty?
— Twoi rodzice są spoko. Moi najchętniej do dwudziestego pierwszego roku życia nie chcieliby mnie widzieć z facetem. 
— Ale to ja... — oburzył się.
— Z tobą najbardziej.
Przytulił się do jej pleców, przerzucił swoją nogę przez jej udo i objął ją ramieniem. Uśmiechnęła się pod nosem i mocniej wtuliła w jego ciała. Czuła się przy nim bezpiecznie. Nawet jeśli dla niego nie znaczyło to nic więcej, a jej serce zaczynało morderczy galop - nic ją nie obchodziło. Dopóki był przy niej, wszystko wydawało się łatwiejsze.

Dlaczego? Wiesz, rodzice go lubili... Ale miał opinię... chuligana. Nie chcieli widzieć swojej córeczki u jego boku. Tolerowali jego obecność, ale my razem? Wtedy był na samym przedzie listy: "Chłopcy, z którymi nie chcemy widzieć swoich córek". (Śmieje się głośno) Ale trzeba przyznać, że z reguły to Sebastian wyciągał mnie z opresji. Był moim bohaterem... Rycerzem w lśniącej zbroi. I to dosłownie.

około 9 lat temu (kwiecień 2008)
Biegła. Starała się robić to jak najszybciej potrafi, ale płuca paliły, każdy oddech bolał, a mięśnie nóg odmawiały posłuszeństwa. Z jej oczu leciały słone łzy, a strach powoli przybliżał ją do ataku paniki. Chyba tylko adrenalina spowodowała, że jeszcze nie skuliła się pod ścianą i nie błagała o litość. A o to im chodziło. Wiedziała to.
— Hej! Zatrzymaj się! Chcemy się tylko zabawić! Nie wiesz co to zabawa?! — krzyczeli jej oprawcy. Catherine, jej szkolna zmora, przyprowadziła oprócz dwóch koleżanek, dwóch kumpli, którzy najwyraźniej chcieli w bardzo brutalny sposób jej pokazać, co to jest zabawa w ich mniemaniu. Bała się. Jak nigdy. Bo dotychczas wylany napój na głowę, wyzwiska, ewentualnie wyrzucenie wszystkiego z torby było niczym tragicznym. Dzisiaj miała przed oczami najgorsze wizje. Pobicie, przypalanie... gwałt... Czuła jak zwalnia. Mimowolnie. Jej ciało było już na skraju wyczerpania, bo ten morderczy bieg ciągnął się od ponad trzech kilometrów, a ona nie miała najlepszej kondycji. I gdy odwróciła się, żeby sprawdzić gdzie jest pościg, uderzyła w coś. A raczej kogoś. Silne ramiona zacisnęły się na jej. To był jej koniec. Któryś podbiegł inną drogą, żeby złapać ją i skatować. Nie rozumiała jak można kogoś tak nienawidzić i gnębić. Nie miała pojęcia czym sobie na to zasłużyła. Chciała się wyrwać z objęć napastnika. Z zamkniętymi oczami zaczęła się szamotać.
— Nie, nie... Proszę... — mówiła cicho, szlochając. 
— Eve... Co się stało? — Usłyszała. Podniosła wzrok i zobaczyła zatroskany wzrok Sebastiana. Pokręciła przecząco głową i wtuliła się w jego tors. Była od niego nieco niższa, więc twarz miała akurat na jego wysokości. — Eve, nie mów że nic. Jesteś roztrzęsiona. Dawno nie widziałem cię w takim stanie... — Rzucił swoją torbę treningową na chodnik. Objął ją i przytulił do siebie, zauważając że w ich stronę biegnie piątka osób. — Znowu? — warknął.
— Sebastian, nic nie rób. Proszę cię. Jeszcze zrobią ci krzywdę. Po prostu stąd chodźmy... — powiedziała z paniką w głosie. Nie było szans. Grupa do nich dobiegła. Dwóch chłopaków zwolniło, dochodząc do nich niczym lwy na polowaniu. Sebastian zasłonił ją własnym ciałem.
— Czego chcecie?! — warknął w ich stronę. — Macie jakiś problem?
— My nie. Ale nasze koleżanki, mają problem do twojej koleżanki.
— I to daje wam prawo, żeby ją prześladować? 
— Och, obrońca się znalazł! — syknął jeden z chłopaków i rzucił się na Sebastiana. Evelyn krzyknęła głośno. Po chwili cała trójka biła się i przepychała, a dziewczyny dopadły do niej. Trzymały ją, żeby nie mogła rzucić się na pomoc Sebastianowi, któremu niekoniecznie szło walczenie z dwoma chłopakami, jednak dawał z siebie wszystko. W końcu, jednym ciosem udało mu się powalić pierwszego i zabrał się za drugiego. Blondynka szarpała się i płakała. W końcu przestała, poddając się agresorom. Czuła jak dociskają ją do ściany, więc tak jak zwykle, osunęła się i skuliła, przyjmując ciosy i kopniaki bez krzyków. Tylko z głośnym szlochem. Dopiero gdy poczuła delikatny dotyk na ramieniu, podniosła wzrok.
— Jestem żałosna... — powiedziała cicho.
— Nie jesteś... Chodź, trzeba spojrzeć na twoje oko i wargę... — Jęknęła gdy złapał ją za rękę. — I nadgarstek...
Popatrzyła na jego twarz. Miał podbite oko, pękniętą skroń i wargę. Zwróciła uwagę na to, że jej prześladowcy zniknęli.
— Policja jechała... — wyjaśnił chłopak.
— To moja wina... — powiedziała, obejmując go mocno. Zabrał swoją torbę i ruszyli w stronę jego domu.
— Moich rodziców nie ma... — mruknął, gdy weszli przez drzwi do przestronnego korytarza, który prowadził do ogromnego salonu z jadalnią i kuchnią. Sebastian siadł na sofie i odchylił głowę do tyłu. To Evelyn poszła do łazienki, zabrała apteczkę i przyniosła okład z lodu.
— Ściągnij bluzkę... — powiedziała cicho. Zrobił co kazała. Nigdy nie był nadmiernie umięśniony. Po jego ciele widać było, że ćwiczy i uprawia sport, ale nie był typowym napakowanym sportowcem, co Evelyn zdecydowanie zawsze się podobało. Był szczupły, a jego mięśnie były lekko zarysowane. Teraz, w okolicach żeber miał wielkiego siniaka. Jeszcze nie paskudnie zielonego, ale wiedziała, że za kilka dni taki się stanie. Delikatnie przyłożyła mu okład w to miejsce. Syknął, ale złapał ją za rękę i nie pozwolił jej odsunąć. W końcu ją zabrała, żeby opatrzyć mu rany. Nie były na szczęście głębokie, ale zapewne uderzenia poskutkują zasinieniami.
— Przepraszam... To moja wina.
— Przestań... Cholera wie, co by ci zrobili. Czemu one mają z tobą taki problem?
Wzruszyła ramionami. Siadła obok niego. Objął ją jedną ręką i przyciągnął do siebie.
— Zawsze będę ci pomagał. Jeśli nadal będą ci grozić, mów.
— Pamiętasz jak mówiłam jako dziecko, że będę księżniczką? — zaśmiała się cicho, ukrywając twarz w jego koszulce. — Jesteś moim rycerzem.
Wybuchnął głośnym śmiechem. Po chwili jęknął, odczuwając ból obitych żeber.
— Mam wyrzuty sumienia.
— Bywałem w gorszym stanie, Lyn. Wiesz, że żaden ze mnie rycerz... 
— Nie zgodzę się... — Podniosła głowę, żeby popatrzeć mu w oczy. 
— Masz ochotę wyskoczyć gdzieś w nocy? 
— Czy to nie dzisiaj jest impreza u Patricka? 
— Nie muszę chodzić na wszystkie imprezy... Poza tym, mógłbym po raz pierwszy uderzyć kobietę, jeśli Catherine by się tam pojawiła... Wolę spędzić ten czas z tobą.
Uśmiechnęła się do niego szeroko. Złapał ją za kark i popatrzył prosto w oczy. Jej serce przyspieszyło. Liczyła, że nastąpi to, na co skrycie czekała od dawna. Liczyła, że w końcu okaże się, że Sebastian odwzajemnia jej uczucia, o których nie mówiła głośno. Liczyła, że ją pocałuje. Ale on tylko oparł swoje czoło o jej. 
— Zadzwonię do Lindy i powiem, że nie będzie mnie wieczorem... — szepnął i wstał z miejsca.
Ach tak, zupełnie zapomniała o Lindzie - jego nowej dziewczynie. Zamknęła oczy. 

Czy jego dziewczyny mnie nienawidziły? Oczywiście, że tak. Każda była zazdrosna, bo on nigdy, w stosunku do żadnej, nie zachowywał się tak jak w stosunku do mnie. O mnie się troszczył, bronił, czasami przedkładał spotkania ze znajomymi, bo ja miałam problem, byłam chora, sama albo złapałam doła. Wyobrażasz to sobie? Jak tu nie nienawidzić takiej jak ja? Jeszcze żałosnej, nudnej i nie wartej zachodu... Nie rozumieli naszej więzi...
Kiedy się w nim zakochałam? Chyba lepsze byłoby pytanie, kiedy sobie to uświadomiłam. Nie wiem... To spłynęło na mnie jak jakieś mistyczne objawienie. Nagle. Chociaż naprawdę mam wrażenie, że kochałam go od bardzo dawna. Nawet wtedy gdy przychodził i opowiadał o jakiś dziewczynach, z którymi się spotykał. Nigdy nie czułam zazdrości... Ale zawsze było jakieś takie ukłucie... Myślałam, że to przez to, że on tak sobie radzi a ja to takie popychadło, którego nikt nie chce tknąć kijem od szczotki. Jednak był taki moment...


około 9 lat temu (styczeń 2008)
Leżała i czytała książkę, zastanawiając się w jaki sposób zakomunikować rodzicom, że chce spędzić część wakacji u dziadków w Kalifornii. Liczyła, że może na szesnaste urodziny po prostu poprosi o bilety. Marzyło jej się, żeby chodzić po ciepłej plaży i obserwować ludzi na deptaku. Szczególnie teraz, gdy za oknem leżał śnieg i wiał okropny wiatr, miała przed oczami Los Angeles i Venice Beach. Dopiero uporczywe stukanie w okno wytrąciło ją z rozmyślań o cieple i słońcu. Podniosła się i podeszła do drzwi balkonowych.
— Zapomniałaś zostawić otwarte?! — warknął Sebastian, wchodząc do środka i otrzepując się ze śniegu. Popatrzyła na niego skruszona.
— Długo tam stałeś? — zapytała, splatając dłonie na dole pleców.
— Piętnaście minut. — odparł zdenerwowany, łapiąc jej twarz w dłonie i całując ją w czoło. Był lodowaty.
— Chodź... — Pociągnęła go za rękę w stronę łóżka i otuliła ciepłym, pluszowym kocem. — Nie masz telefonu?
Uśmiechnął się do niej szeroko. Zdjęła mu czapkę z głowy i poleciła ściągnąć buty. Był naprawdę przemarznięty i trząsł się, mimo iż leżał pod jej najcieplejszym kocem, a w pomieszczeniu było mocno nagrzane.
— Kurwa, Sebastian, wiesz jakie masz kruche zdrowie, a odwalasz takie coś?! — powiedziała niezadowolona, uderzając go w ramię. — Idę po herbatę.
Wyszła z sypialni i ruszyła do kuchni, starają się nie zrobić hałasu i nie pobudzić domowników. Czasami Sebastian był tak nieodpowiedzialny, że miała ochotę mu mocno przywalić. To ona potem się martwiła i starała nim opiekować. Kiedy wróciła, siedział po turecku na jej łóżku i czytał książkę, którą zostawiła. Rozważna i romantyczna.
— Ciekawa... — mruknął z cwanym uśmieszkiem, kichając głośno.
— Hunter... — Z pomiędzy jej ust wydostał się groźny warkot. — Jesteś... Taki irytujący czasami! Powinnam wygonić cię do domu. 
— Ale tego nie zrobisz, Księżniczko. — odparł, biorąc z wdzięcznością kubek z ciepłą herbatą z dodatkiem cytryny i miodu. Wywróciła oczami i wyrwała mu książkę.
— Będziesz jutro chory. Mówię ci. Oby się skończyło czymś łagodnym! Jak nie otwieram to trzeba wrócić do siebie, cholera jasna!
— Wiem. Nic nie poradzę na to, że lubię z tobą spać. — Uśmiechnął się łobuzersko. Na każdą dziewczynę to działało. Nawet nie była pewna czy na nią też. Chociaż teraz z całą pewnością nie. Była zbyt zła.
— Spać ze mną? Nawet nie możesz mnie przelecieć... — zaśmiała się głośno.
— Sypiam tylko z tobą. Z tamtymi się tylko... no wiesz.
Uniosła wzrok do góry. Zbyt szybko zaczął odwalać takie rzeczy i obawiała się, że długo z tego nie wyrośnie i skończy jako nimfoman z rozpieprzonym życiem, bo seks jest ważniejszy.
— Męska dziwka — mruknęła pod nosem.
— Słyszałem.

Oczywiście się nie myliła. Z jego odpornością, niewiele trzeba było, żeby wylądował na ostrym dyżurze z wysoką gorączką i bólem głowy tak silnym, że mdlał. Musiał się wymknąć w nocy, gdy zasnęła, bo tuż po pobudce, dostała informację od matki, że Sebastian jest w szpitalu. Kiedy jej rodzicielka wyszła, wywróciła oczami i zaczęła się ubierać. Miała gdzieś, że powinna iść do szkoły. Musiała go zobaczyć. Martwiła się. Wiedziała, że jest źle i... No właśnie... Odczuwała wielką potrzebę, żeby go zobaczyć. Żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, bo wiadomo było, że każda choroba jest dla niego niebezpieczna. I kiedy minęła złość, pojawiło się inne uczucie: strach. Nie mogła go stracić, Sebastian był dla niej zbyt ważny. Ubrała ciepły sweter, obcisłe spodnie i grube skarpetki z wełny alpaki. Zabrała rzeczy do torby i zbiegła na dół, zakładając po drodze czapkę i łapiąc buty oraz kurtkę. Tuż przy drzwiach je założyła i już miała wychodzić, gdy z kuchni wyszła jej matka.
— Gdzie się wybierasz?
— Do... szkoły?
— Ach tak. A nie do szpitala? — Kobieta uniosła do góry jedną brew i skrzyżowała ręce na piersiach.
— Mamo...
— Nie ma mowy, Evelyn. Sebastian jest chory, możesz się zarazić. Zjedz śniadanie i odwiozę cię na lekcje.
Dziewczyna westchnęła głośno. Wiedziała, że w starciu z mamą nie ma szans. Stwierdziła, że zerwie się z ostatniej lekcji i pojedzie do szpitala, który był niedaleko szkoły.
Oczywiście swoje plany zrealizowała. Pomijając fakt, że zerwała się z dwóch ostatnich lekcji a nie jednej. Wcisnęła nauczycielom kit, że Sebastian był u niej wczoraj i mogła się zarazić, bo nie najlepiej się czuje. Gdy zaproponowali, że wezwą jej matkę, powiedziała, że pod szkołą czeka na nią starsza siostra. Nie było to kłamstwem, bo zapłakana zadzwoniła do Olivii, błagając, żeby ta zabrała ją do przyjaciela, a dobra siostra, która wyjątkowo wcześniej wróciła na weekend do domu, zgodziła się na wszystko.. Kiedy weszła do szpitala, nie musiała pytać gdzie iść. Była tu w tej samej sprawie zbyt wiele razy. Tyle, że tym razem było inaczej. Czuła się inaczej. Olivia szła za nią, mówiąc że jeśli wygada się mamie, że to ona ją zawiozła, to pożałuje tego. Jednak gdy starsza z sióstr zobaczyła rozbiegane i pełne paniki spojrzenie Evelyn, przestała jej grozić.
Sebastian trafiał zawsze do najlepszej, prywatnej kliniki w Newport. Kilka razy przy groźniejszych chorobach, zabierali go do Nowego Jorku. Fakt, że był tutaj ją nieznacznie uspokajał.
— Pilnuj, czy tata gdzieś się nie kręci... — powiedziała cicho i uchyliła drzwi, zaglądając i upewniając się, że w sali nikogo nie ma. Rodzice nie lubili, gdy przychodziła do Sebastiana gdy był chory. Bali się, że się zarazi. Podobnie było, gdy to ona była chora, ale rozumiała to w stu procentach.
Chłopak spał na jedynym łóżku w sali. Podpięty był do kroplówki i jakieś maszyny. Upewniła się, że jego matka nie jest w łazience. Przysunęła krzesełko do jego łóżka i złapała go za rękę. Był blady i wyglądał jak mały chłopiec. Nienawidziła oglądać go w takim stanie. Nawet nie zauważyła, że z jej oczu leżą łzy. Po raz pierwszy czuła się aż tak źle, oglądając go w szpitalu.
— Ty uparty gnojku... — powiedziała cicho.
— Przyszłaś... — Usłyszała. Czuła jak bardzo był słaby, jednak patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
— Na chwilę. Jak zwykle nie pozwalają mi tu być...
— Słusznie, możesz się zarazić. Poza tym mój urok poszedł się jebać.
— Debil... — powiedziała, ocierając łzy i uśmiechając się blado. — Nie możesz być zajebisty cały czas... To by było niesprawiedliwe.
Złapał ją lekko za rękę.
— Dzięki tobie czuję się lepiej...
Mogła przysiąc, że słyszy jak jej serce obija się o żebra. Dlaczego tak reagowała? To Sebastian, jej najlepszy przyjaciel, który co chwila u niej spał, pocieszał ją, bronił, ale też irytował jak nikt inny. Jej Sebastian, którego znała od dziecka i traktowała jak brata. Dlaczego, więc jej serce łomotało w piersi jakby zaraz miało wyskoczyć? Dlaczego na jej twarzy pojawił się mimowolny, rozmarzony uśmiech, gdy powiedział, że dzięki jej obecności czuje się lepiej?
Pogłaskała go po dłoni.
— Jak się będziesz tak uśmiechać, to jutro mnie wypiszą.
— Przestań gadać głupoty — mruknęła cicho pod nosem.
— Martwiłaś się?
— Ani trochę... — Pociągnęła lekko losem.
Zaśmiał się cicho.
— Naprawdę się cieszę, że jesteś. Od razu mi lepiej, Słoneczko.
— Zaraz muszę iść. Nie mogę wpaść na tatę. Zabronili mi przychodzić.
— Jaka z ciebie buntowniczka! — Zadrwił.
— Mam niezłego nauczyciela.
— Cieszę się, że ich nie posłuchałaś... Pomimo, że to durny pomysł. — Przymknął na chwilę oczy. Jej serce nadal mocno waliło i bała się, że chłopak w końcu usłyszy ten hałas.
— Wyzdrowiej szybko... Już mi ciebie brakuje... — mruknęła, mając ogromną ochotę, żeby się do niego przytulić.
— Się robi. Nie mogę zawieść mojej dziewczyny, co?
Tymi słowami powalił ją na łopatki i przygniótł do podłogi. Tylko dlaczego? Chciała wybiec z sali i odetchnąć chociaż chwilę, żeby się zastanowić co się z nią do cholery dzieje. Nie wierzyła, że jej serce może bić tak szybko. Patrzyła mu prosto w oczy, dostając ataku paniki.
— No, nie możesz... — mruknęła. — Idę. Kocham cię, Sebastian... — powiedziała, podnosząc się z miejsca. Uśmiechnął się szeroko. Mówiła mu to tyle razy, że zdawało się, że to nic nadzwyczajnego. Mówiła tak, bo kochała go jak brata. Więc dlaczego tym razem, czuła, że te słowa znaczą coś zupełnie innego?

Obserwatorzy

Szablon stworzony przez Lune / Technologia Blogger / Credits: X X X